Fakty są takie, że nie potrafię oddzielić fikcji od rzeczywistości. I kiedy zbyt bardzo wciągnę się w książkę, film, grę, a nawet piosenkę, oddam wszystko za możliwość znalezienia się w tym świecie, w tej opowieści. I wieczorami, przed zaśnięciem, zamiast medytować i relaksować umysł, wymyślam nowe scenariusze o tym, jak to ja jestem na wyspie, razem z rozbitkami - lub sama - lub z ludźmi, których sprowadziłam. I wiem, jakie supermoce bym miała, i wiem, co byłoby moim przeznaczeniem.
A później zasypiam i śnię o posągach, świątyniach i bóstwach. A później się budzę i orientuję, że jestem tutaj i że nie wiem, jaki mam cel w życiu. I zaczynam się zastanawiać, czy każdy ma przeznaczenie, czy po prostu żyjemy. I zaczynam myśleć, co jest po śmierci - czy w ogóle coś jest. I dochodzę do wniosku, że właściwie naszym celem jest zdobycie jak największej ilości przedmiotów, przyjaciół, numerów telefonów, dodatkowych liter przed nazwiskiem. I czy kiedy osiągamy następny szczebel drabiny, czy czujemy spełnienie?
A może im to wystarcza, może są szczęśliwi? Jeśli tak, to chyba o to chodzi. Tylko dlaczego ja nie mogę? Czy chcę nieosiągalnych rzeczy i powinnam odpuścić i skupić się na przyjemnościach dnia (dobrym śniadaniu, zabawnym psie przed sklepem, minach przechodzących ludzi, darmowej kawie)? Czy nie, ja powinnam chcieć więcej i w końcu - kiedy wystarczająco w coś uwierzę - to się spełni? Bo przecież moc umysłu czyni cuda.
W każdym razie, coś się skończyło - i jakkolwiek by się nie skończyło, to miało wpływ na moje życie. Paradoksalnie - to żałuję, że zaczęłam to oglądać, tak mi źle bez nich. I może zostały jakieś tajemnice, ale pod powierzchnią pływały bardzo wartościowe ryby :)
Idzie się dalej, w innym kierunku - może w nowym kierunku? Do rozważenia i następnego razu.